Surnia ulula (Monica Bellucci Bagien Biebrzańskich)

     Po okresie zdrad (tak można nazwać moje bielikowe wypady na zaprzyjaźnione stawy w Bartołtach Wielkich), zew zaczął odzywać się we mnie i przywoływać do rozsądku. "Zapominasz o mnie" bębniło mi w uszach, z każdym tygodniem coraz mocniej. Biebrza upominała się o należne jej zainteresowanie, zwłaszcza po miłosnych wyznaniach z wcześniejszych odsłon mojej strony. W Internecie (strona Avestom), czytałem nasilające się wiadomości o pojawieniu sowy jarzębatej, co okazało się nie byle jakim wydarzeniem. Całe wręcz zastępy ornitologów, wyruszyły na Bagna Biebrzańskie w poszukiwaniu jednego przedstawiciela tego gatunku. Pomyślałem więc, że jeśli ludzie jeżdżą i czasem mają fart wypatrując to stworzenie, to może i mnie się uda. Zwłaszcza, że sów nie widuje się często, a już na pewno nie jarzębate. A jeśli jeszcze mógłbym zrobić jej zdjęcie, to już w ogóle sukces. Wymyśliłem więc, McDonald dla dzieci (po trasie w Łomży) i dawno odkładany zalot do Dolistowa. Zapakowałem moje kobietki w samochód i wio. Zajrzeliśmy tradycyjnie na wiźnieńskie "Bieliki". Były, a jakże! Co prawda poza zasięgiem dobrego zdjęcia, ale zawsze. Upewniwszy się, że mają się dobrze i są w stałym rewirze, ruszyliśmy na Bagno Ławki. Tu spodziewaliśmy się kilkukrotnie stwierdzonej SURNI. Uprzedziłem moich niedoświadczonych w sowach, obserwatorów pokładowych, że wjeżdżamy w rejon występowania rzadkiego przyrodniczego zjawiska. Cały carski trakt od Laskowca, przejechaliśmy w ciszy i skupieniu, wytężając wzrok, za czymś bliżej nieokreślonym i znanym mi tylko z przewodników.
NIC! Nawet jednego ptaszka, choćby tradycyjnego wróbelka! Nic! Zwątpienie mnie ogarniało. Pora jeszcze nie taka ostatnia, w pół do trzeciej, ale cienie już długie i praktycznie ciemno na dobre zdjęcia. Ach ta jesień. Za późno wyjechałem - pomyślałem.

      Zbliżaliśmy się właśnie do wieży widokowej na Bagnie Ławki. Spoglądam w lewo i nie mam wątpliwości. Z samochodu, z drogi, widzę siedzącą na szczycie drzewa sowę. Widzę ją pierwszy raz i nie mam wątpliwości. To Surnia ulula. Podjeżdżam pod wieżę. Wychodzimy ze starszą córką, ostrożnie zamykając drzwi. Czy uda się wejść na wieżę nie płosząc ptaka? Udało się. Sowa siedzi nieruchomo, a na wieży prawie bankiet. Podniecenie takie, że normalnie... Są nawet ludzie z Łodzi. Zaproszony spoglądam przez rozstawioną lunetę. Szok. Widzę normalnie gwiazdę filmową. Siedzi na szczycie drzewa i mieni się w barwach zachodu niczym Monika Bellucci. Piękna. Przez mój obiektyw (300) widzę tylko sporego, czarnego ptaka kształtem sugerującego sowę. Przez lunetę widać ją jak zjawisko w jupiterach. Każde piórko, oczy, wszystkie detale! Cud - miód! Mrugnęła do mnie. Na wieży brakuje tylko szampana. Święto trwa tylko przez chwilę. Nagle ptaszyna zrywa się z brzozy. Wśród obecnych przemknął jęk zawodu. O rany, to koniec... UUUU! A tu surnia ni z tego, ni z owego, bierze kurs na wieżę i ląduje... uwaga, w wodzie pod naszymi stopami. Co jest myślę sobie, czy to jest normalne? Dziki ptak? Robię zdjęcie jedno za drugim. W wodzie odbija się zachodzące słońce, będzie lipa, ale trzaskam ile wlezie. Nasza gwiazda spogląda na mnie i szczerzy pysk w zachwycie. Pstryk! Mam cię, myślę sobie. Wyrywa się nagle z błota i niczym rybołów wyskakuje w powietrze, niosąc jakiegoś wodnego gryzonia. Ale jazda! Wszyscy stoją jak wryci. Surnia odleciała na dalsze tym razem drzewo. Łapy mi się trzęsą, ludzie klaszczą i pytają "zrobiłeś?". Zrobiłem i choć jakość nie jest "tego", jestem szczęśliwy. Taki fart!!!
- Nastusia, zmykamy do Dolistowa - mówię do córki - póki jeszcze coś widać.
Czy zobaczę coś jeszcze, nie ma już dla mnie znaczenia. Widziałem JĄ! Cały kraj, a ja znalazłem cudowne drzewo, a na nim SURNIĘ Bellucci.